Risco del Paso, kozy, aloes, kite&surf Sotavento, wiatr 24h, plaża Cofete, ron miel – TOP ATRAKCJE FUERTEVENTURY :)

plaża Cofete

Dwa lata temu byłam na Lanzarote, rok wcześniej na Teneryfie. Lecąc na kolejną wyspę kanaryjską wiedziałam z grubsza czego mogę się spodziewać. Ponad 4000 km, co najmniej 5 godzin lotu, przyjemna temperatura około 20 stopni. Księżycowy krajobraz, pyszny rum miodowy (ron miel) i śmieszne, pomarszczone ziemniaczki z kolorowymi sosami (papas arrugadas con mojo rojo/mojo verde) 🙂

Fuertaventura znaczy tyle co „silny wiatr”. Dla wszelkiej maści surferów błogosławieństwo, dla całej reszty ciągle rozczochrana fryzura 😉 Tam naprawdę wieje 24h, w jednej chwili promyki słońca zostawiają swój cieplutki ślad na skórze, w kolejnej masz już „gęsią skórkę”. Tak nam było w styczniu.

Ile razy zaniemówiłam ze zdumienia na tej wyspie?

Dwa. Tu i tu.

mapka

 1. Playa de Sotavento & Risco del Paso                                            2. Playa de Cofete

 

Zatem bez czego Fuerteventura nie byłby Fuerteventurą 😉 ?:

🙂 Risco del Paso

To, co zobaczyłam na Playa de Sotavente, a szczególnie jej części zwanej Risco del Paso wprawiło mnie w osłupienie. Nie jestem fanką plaż. Ale to nie jest po prostu plaża. To przepiękna laguna. Wysepki złocistego delikatnego piasku w towarzystwie turkusowej wody wypełniającej liczne mini jeziorka. Wygląd laguny zmienia się w zależności od przypływu, a kilkukilometrowa długość plaży sprawia, że jest tu pusto, najczęściej widać tylko pojedyncze osoby, małe mróweczki w oddali. Idziesz sobie boso przez bezkres, turkus i złoto otulają cię ciepło, a ogromna przestrzeń napełnia spokojem.

Można tu dojechać samochodem lub taksówką -na hasło Risco del Paso oraz Melia Gorriones, kierowca przywiezie nas pod jeden lub drugi kraniec laguny. Jeśli jedziesz z Costa Calma, tak jak my, to koszt wyniesie ok. 10 EUR w jedną stronę.

I jeszcze kilka zdjęć z tego niesamowitego miejsca – bezkresu przestrzeni i spokoju 🙂

Risco del Paso (2)

risco

Risco

Risco del Paso (3)

niesamowita, niesamowita laguna

risco

🙂 Plaża Sotavento (Playa de Sotavento de Jandia, Playa Barca)

O ile Risco del Paso jest tą spokojniejszą częścią plaży Sotavento, o tyle w pobliżu jej części zwanej Playa Barca naprawdę się dzieje. To tutaj odbywają się coroczne mistrzostwa w kite- i windsurfingu i znajduje słynna szkoła Rene Egli. Kiedy tam byłam, na falach królowali akurat kitesurferzy, a nad wodą unosiła kolorowa tęcza latawców.

Kolejnym razem chciałabym zobaczyć to wszystko, tak jak nie udało się teraz, czyli z góry, z punktu widokowego Mirador del Salmo. Wygląda to mniej więcej tak:

Risco del Paso z góry

🙂 Plaża Cofete (Playa de Cofete)

Ukryta w Parku Narodowym na półwyspie Jandia, dzika, przepiękna, prawie 14-kilometrowa plaża. Jest w niej coś dostojnego, tajemniczego i niebezpiecznego. Nigdzie indziej nie widziałam tak wysokich fal. Z powodu silnych prądów nie zaleca się tutaj zażywać kąpieli. Nigdy też nie widziałam cmentarza na plaży, a tu malutki, kameralny, ale jest. Piękne miejsce na tak długi odpoczynek 😉

Można tu dojechać drogą szutrową samochodem lub autobusem miejskim nr 111 z napędem na 4 koła, odjeżdżającym dwa razy dziennie z pętli w Moro Jable. Dla najlepszych widoków warto usadowić się po stronie kierowcy. Niezbędne zaopatrzenie, by z przyjemnością pobyć tu dłużej, to kurtka z kapturem. Bo wieje tu niemiłosiernie.

I jeszcze kilka zdjęć z tej nieziemskiej plaży, skąd chce się uciekać z powodu szalejącego tu wiatru i zarazem zostać jak najdłużej z powodu zamieszkującego tu na stałe piękna 🙂

amazing Cofete

playa de Cofete

playa de cofete

Cofete

Takim oto eleganckim autobusem miejskim 4×4 można tu dojechać :

🙂 Wydmy w Corralejo (Parque Natural Dunas de Corralejo)

Prawie trzydzieści kilometrów kwadratowych jaśniuteńkiego, drobnego piasku. Gdy przyjrzeć mu się z bliska widać niezliczone ilości maleńkich muszelek. Piękny widok. W tle oddalona o jedyne 6 km wyspa Lobos, na którą można popłynąć promem z portu w Corralejo. Ja przyznam, że ponieważ na kolana powaliło mnie wcześniej zobaczone Risco del Paso i plaża Cofete, to wydmy nie zdołały wcisnąć się wyżej niż jako nr 3 na liście tutejszych top atrakcji.

wydmy Corralejo

🙂 Stary port, plaża z rzadko spotykanym tu czarnym piaskiem i jaskinie w miejscowości o jakże swojsko i wdzięcznie brzmiącej nazwie Ajuy (A chuj!)

🙂 Miasteczko Morro Jable i ciągnąca się od Costa Calma 20 kilometrowa plaża Jandia

🙂 Kulinarne skarby wyspy:

– aloes (podobno najbogatsza w składniki odżywcze odmiana na świecie)

-słodziutka kawa „leche leche” ze sporą porcją skondensowanego mleka

-fantastyczne sery kozie „majorero” (należą do najlepszych na świecie)

-podobny trochę do syropu klonowego, ale moim zdaniem smaczniejszy syrop „miel de palma”

-pomarszczone ziemniaczki z zielonym i czerwonym sosem „papas arrugadas+mojo rojo/verde”

-danie obiadowe z cieciorki o jakże wdzięcznej nazwie „ropa vieja” (=stare ubranie)

-najczęściej pity tu trunek „ron miel” (rum miodowy)

-mnóstwo typowo hiszpańskich smaków jak paella czy też orzeźwiająca Sangria

a wszystko to w otoczeniu iście księżycowych krajobrazów i napotykanych na każdym kroku „wiewiórek” czyli pręgowców berberyjskich (ponoć tak się rozpleniły, że za ich dokarmianie grozi obecnie kara 100 EURO).

Najważniejsze z fuerteventuryjskich skarbów (aloes+pyszny ron miel+sery kozie+fantastyczny syrop miel de palma) bezpiecznie przyleciały do Warszawy i zyskały swój nowy dom:

skarby z Fuerteventury

Fuertaventura to wiatr, plaże, surferzy, aloes i …. kozy. Tych ostatnich jest nawet więcej niż mieszkańców wyspy.

Fuertaventura to także niespodziewanie dla mnie: przestrzeń, bezkres i spokój … Niemal puste plaże, jakich nie widziałam na innych wyspach kanaryjskich. Niczym nie zakłócony szum oceanu. I nieodłączny wiatr sprawiający, że chmury przesuwają się szybko po niebie i nic nie jest takie samo jak było jeszcze chwilę temu 🙂

niesamowita, niesamowita laguna

Etna, cannoli, Taormina, Cefalu, arancini, słodka Marsala – TOP ATRAKCJE SYCYLII :)

etna2

Sycylia. Mniaaam…

Dlaczego tam wszystko, nawet zwykła kanapka jest takie pyszne ?

Bo składa się z 3-4  pełnych słońca składników fantastycznej jakości 🙂 ?

Uczta zaczyna się od samego rana. Zapomnij o Starbucks i innych takich – doskonałe cappuccino czy latte macchiato za 1,5 EURO plus cannolo siciliano ze słodziutkim farszem z owczej ricotty za 1.5 EURO, to wszystko czego potrzebujesz, by w porze śniadania poczuć się jak rodowity Sycylijczyk. Tu jada się na słodko. Nic dziwnego, że potem dolce vita 😛

   Z początkiem  września słońce świeci jeszcze bardzo mocno, podgrzewając  tą największą na Morzu Śródziemnym wyspę do 30-32 stopni. Dlatego na obiad wystarczy często tylko arancini -ryżowa kulka wielkości pięści (z farszem grzybowym, szynkowym, szparagowym, łososiowym, ricottowym, szpinakowym, do wyboru, do koloru), kawałek pizzy lub calzone. Mi często wystarczała jako obiad po prostu podwójna porcja lodów, podawanych tutaj często również w bułce. Lub  kawałek cassaty siciliany, która smakuje trochę jak nasz sernik, a wygląda jak włoska flaga, ozdobiona kawałkiem kandyzowanego czerwonego owocka i pasmem zielonej pasty pistacjowej. Nie, w taki upał sycylijskie lody, czyli gelato, zdecydowanie wygrywają. Nie jadłam jeszcze lepszych. Lub tutejszy specjał -pokruszony lód z sokiem owocowym, czyli granita.

   Na Sycylii króluje bakłażan, można go znaleźć w caponacie (rodzaj mini leczo), z makaronowymi rurkami w daniu penne alla norma lub w pizzy alla norma. Owoce morza i ryby także mają tu obłędne, chociaż unikając drogich ristorante, a jedząc głównie w cukierniach (pasticceria), piekarniach (panificio) i małych lokalach (trattoria, rosticceria, tavola calda) nie miałam okazji wielu ich posmakować.

   Na popitkę wino (główna uprawiana tutaj odmiana winorośli to nero d’avolo), a jeśli deserowe, to koniecznie lokalna Marsala, mocna, słodka, w kolorze herbaty.

 

Dlaczego tam wszystko, nawet zwykła kanapka jest takie pyszne ?

Bo jest jedzone w dobrym towarzystwie ?

O tak. Oto nasza sycylijska ekipa 🙂  :

ekipa

 

Ekipa. Mniaaam ….

   A kiedy smaki mamy już wstępnie poznane, warto ruszyć powiększone już nieco cztery litery, by obejrzeć piękne widoki 🙂

Nam udało się wyskoczyć na 1 rejs statkiem, 1 wycieczkę autokarową, 1 podróż pociągiem oraz 2 wycieczki samochodowe:

trasa samochodowa nr 1: Cefalu- Palermo-Scopello-Trapani-Erice-Cefalu (ok.350 km)

trasa samochodowa nr 2: Cefalu- Agrigento (Valle dei Templi + Scala dei Turchi) – Cefalu (ok. 300 km)

Te 2 samochodowe dni były fantastyczne dzięki Ali i Piotrowi, dziękujemy Wam raz jeszcze 🙂 !

Jakie widoczki polecamy ? :

🙂 Etna – czy z wjechaniem kolejką i jeepami za dodatkowe 60 EURO na sam szczyt czy bez, warto, bo wrażenie z przebywania na najwyższym i największym w Europie, nadal czynnym wulkanie jest magiczne. Są tu 4 główne kratery i ponad 200 tzw. stożków pasożytniczych, co sprawia, że i  na niższym piętrze (ok. 2000 m) i wyżej (ponad 3000 m) jest duuużo pięknego i nieokiełznanego do oglądania 🙂 .

Etna, z lawą wybuchającą na 1000 metrów w górę, jest też jednym z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie i stanowi realne zagrożenie dla najbliższych mieszkańców. Na jednej z miejskich bram w Katanii, która wielokrotnie ucierpiała od jego licznych wybuchów widnieje napis  „Z popiołów powstaję jeszcze piękniejsza”.  Mega inspirujący. Nadal brzmi mi w uszach 🙂 .

 

🙂 Riserva naturale dello Zingaro

Rezerwat przyrody, przepiękny kawałek dzikiego wybrzeża z zatoczkami. Są tutaj 2 wejścia: południowe, od Scopello i północne, od San Vito Lo Capo. Trasa do przejścia między nimi to ok. 10 kilometrów. My przeszliśmy blisko 1/2 trasy, idąc od strony Scopello i zawróciliśmy na parking, mając jeszcze tego dnia plany na zwiedzenie miasteczka Erice. Jeśli wróciłabym jeszcze kiedyś na Sycylię, to definitywnie po to, by przejść cały ten przepiękny szlak, szczególnie mając w perspektywie lody i cannolo w ramach deseru  i zobaczenie ponoć najładniejszej plaży na wyspie,  takiej niby-karaibskiej, w San Vito Lo Capo.

 

🙂 Pełne uroku miasteczka, z których mi najbardziej podobały się Cefalu, Taormina, Erice (tu fantastycznie wjeżdża się kolejką linową z Trapani za 9 EURO w obie strony)  oraz Agrigento.

CEFALU. Mieliśmy je pod ręką i to pewnie dlatego przez 2 tygodnie nie znalazłam okazji, by wdrapać się na przytuloną do Cefalu górę La Rocca z ruinkami i piękną panoramą. Ale samo miasteczko przeszłam wzdłuż i wszerz z ogromną przyjemnością, jest klimatyczne, sympatyczne i na każdym kroku smaczne. Warto zajrzeć do Katedry i zerknąć na starą pralnię.

TAORMINA. Spacer główną uliczką Taorminy Corso Umberto,  rozpiętą między 2 bramami do miasta – Porta Catania oraz Porta Messina i buszowanie po bocznych uliczkach to wspaniała przygoda, bo miasteczko jest pełne uroku. Podobno główną wizytówką Taorminy i jednocześnie jej największą atrakcją, bez zobaczenia której nie powinno się z niej wyjeżdżać, jest starożytny grecko-rzymski amfiteatr – Teatro Antico di Taormina, więc kolejnym razem na pewno wysupłam z portfela 10 EURO i obejrzę i teatr i majaczącą w oddali Etnę, jeśli nie będzie akurat schowana w chmurach. Tym razem zatrzymały mnie uliczki, balkony i doniczki. Superowe, kolorowe, wesołe ozdoby na każdym kroku.

ERICE. Nazywane czasem Asyżem południa, fantastyczne średniowieczne miasteczko położone na szczycie Monte San Giuliano, nad zatoką Trapani.  Z murów obronnych rozciąga się niesamowita panorama (widać między innymi słynne Saliny, ciągnące się od Marsali aż do Trapani oraz Wyspy Egadyjskie),  a klimat plątaniny uliczek i kamiennych domów jest niezwykły. Erice ma też własny mikroklimat, jest tu chłodniej, za co byliśmy niezmiernie wdzięczni w ten upalny dzień.

AGRIGENTO. Podobne do Erice, dużo starej daty budynków, warto pozaglądać w malutkie uliczki i wspiąć się na górę do Katedry. Bliziutko stad do Doliny Świątyń (Valle dei Templi) oraz pięknych wapiennych klifów -Schodów Tureckich (Scala dei Turchi).

 

🙂 No i stolica wyspy – Palermo, które jest pięknie stare i niestety, nie wiadomo czemu, bardzo zaśmiecone. Najbardziej podobała mi się Fontanna Wstydu (Fontana Pretoria), Katedra (Il Duomo), słynny targ Il Capo oraz okolice Quattro Canti -skrzyżowania dwu najważniejszych ulic miasta. Warto było zainwestować 40×2  minut i 6×2 EURO w dojazd i powrót pociągiem z/do Cefalu, ale drugi  raz bym tu nie powróciła. Wolę nasze Cefalu 🙂 .

 

🙂 Scala dei Turchi (Schody Tureckie)- wyłaniający się z turkusowych wód Morza Śródziemnego wapienny monolit, znajdujący się w pobliżu miasta Porto Empedocle.

 

Co jeszcze warto na Sycylii?

Wybrać się w rejs na Wyspy Liparyjskie.  W skład archipelagu wchodzi 7  wysp pochodzenia wulkanicznego, z których do 3 (Salina, Lipari, Vulcano) przycumowaliśmy. Na Vulcano nie uszły naszej uwadze lecznicze baseny siarkowe, można się w nich za opłatą wykąpać, na pewno zaś nie można przejść obok nich obojętnie…  Na Vulcano i Stromboli są wciąż aktywne stożki wulkaniczne, nad tą ostatnią  stale unosi się strużka dymu, a  wulkan wybucha co kilkanaście minut. To właśnie tutaj bym wróciła, gdy kolejnym razem będę w pobliżu.

 

Gdzie mieszkać?

Tylko w hotelu Santa Lucia,  z takim widokiem na Cefalu, najpyszniejszą cukiernią na świecie oraz restauracją i  basenem zlokalizowanym jakby  „na peronie”,  o czym przypomina przejeżdżający co godzinę, nieuciążliwy,  a wręcz śmieszny pociąg 😉

cefalu (3)

sycyliskie sniadanie

basen na peronie hotel santa lucia

PS. Część zdjęć wygląda trochę jak z obiektywu rybie oko, a to dlatego, że na tym wyjeździe po raz pierwszy miałam ze sobą telefon z fantastycznym szerokim kątem.

Szeroki kąt. Mniam.

Przyjaciele. Mniam

Dolce vita. Mniam.

Sycylia. Mniaaam …

 

riserva zingaro4

Monastyr Vlacherna, kumkwat, Paleokastritsa, plaże w Kassiopi, rekordowa zieleń i przepiękny szmaragd- TOP ATRAKCJE KORFU :)

porto timoni

Pierwsze promienie słońca  świętowałam na RODOS. (Rodzinne ogródki działkowe otoczone siatką ;)) Gdy z ziemi wyjrzały entuzjastycznie zielone pędy posadzonej w maju dyni, a zioła z zielnika sięgały niemal do kolan przyszedł czas, by przenieść się na Korfu 🙂

Nieco ponad dwie godziny lotu i potem jeszcze godzina autobusem i oto jesteśmy w uroczym (jak okaże się dopiero w świetle kolejnego dnia) miasteczku portowym Kassiopi.  Po drugiej stronie morza widać górzystą Albanię i miasteczko Saranda, do którego można wybrać się promem na całodzienną wycieczkę.

Nasza podróż na Korfu to tym razem wyprawa w szóstkę, stworzoną przez unikalny mix dwóch pokoleń, wyjątkową kombinację A+M (bo każde z nas ma imię rozpoczynające się na któraś z tych dwóch liter)

Ekipa A+M wynajmuje więc samochód i przez 3 dni objeżdża wyspę, każdego robiąc ok. 120 km. Po drodze sporo wąskich dróg i ostrych zakrętów, przy wjeździe do kilku wiosek nawet sygnalizacja świetlna i ruch wahadłowy z powodu braku wystarczającej przestrzeni na mijanie się samochodów.

Trasa nr 1 (wschodnie wybrzeże):

Kassiopi-Kouloura-Ipsos-Kontokali-Kanoni-Korfu-Gouvia-Paleokastritsa-Skripero-Acharavi-Kassiopi

Trasa nr 2 (północne wybrzeże):

Kassiopi- Palia Perithia-Acharavi-Sidari-Peroulades-Arillas-Afionas-Karousades-Acharavi-Kassiopi

Trasa nr 3 (zachodnie wybrzeże):

Kassiopi-Acharavi-Velonades-Afionas-Agios Georgios-Makrades-Angelokastro-Lakones-Paleokastritsa-Skripero-Acharavi-Kassiopi

Po drodze mnóstwo wspaniałych widoczków- zatoczek, klifów, gajów oliwnych, sadów pomarańczowych i cytrynowych, winnic. Trasa cudo 😉 Kolejnym razem  marzy nam się pojechać w dół mapy, by zobaczyć co kryje się w  południowo-zachodniej i południowo-wschodniej części wyspy 😉

A więc co zapadło nam w pamięć, tak że zawsze będziemy kojarzyć to z Korfu:

🙂 na pewno widoczne na zdjęciu powyżej i poniżej Porto Timoni, czyli dwie fantastycznie przepiękne zatoczki otulone zielenią /niełatwo tu trafić, choć absolutnie warto !!!- chętnych czeka najpierw dojazd do miasteczka Afionas, zapytanie miejscowych o wskazówki, a potem jakieś 30 minut spaceru w dół kamienistą ścieżką, z dylematem czy patrzeć pod nogi, czy podziwiać odsłaniające się widoczki /

 

 

🙂 urzekające trio: 1/ symbol wyspy – monastyr Vlacherna + 2/ w tle zielona Pontikonnisi (Wyspa Mysia)  + 3/  samoloty lądujące prawie na wodzie /by tu dojechać, trzeba kierować się na sąsiadujące ze stolicą Kanoni/

 

 

🙂 przepiękny fragment trasy wzdłuż południowego wybrzeża, a na nim fantastyczne widoczki wyskakujące jak grzyby po deszczu, zaczynające się  w miejscowości Sidari: Kanał Miłości (Canal d’Amour, do którego co chwila wskakują śmiałkowie, by według tutejszej legendy zapewnić sobie szczęście w miłości), przylądek Drastis, klify Peroulades, Logas Beach

 

 

🙂 stolica Korfu – Korfu, zwana też Kerkyrą,  z sympatyczną plątaniną uliczek  starówki w stylu wenecko-francusko-angielskim /chętnie pobylibyśmy tam dłużej kolejnym razem, by dokładniej obejrzeć Stary i Nowy Fort oraz słynny kościół Agios Spiridionas, na które tym razem zabrakło już czasu)

 

 

🙂 jedna z najstarszych wiosek na wyspie (XIVw) -Palia Perithia z pięknym widokiem na najwyższy szczyt wyspy Pantokrator (906 metrów, na które przy kolejnej okazji na pewno wjedziemy), fantastycznymi łąkami pełnymi ziół i kwiatów i kilkoma typowo greckimi tawernami (jedna z nich działa od 1865r)

 

 

🙂 port w Kassiopi i najcudowniejsza, jaką  widziałam na Korfu  plaża- Bataria, położona 300 metrów za portem /5 km od Kassiopi w stronę Acharavi znajduje się  kolejna bardzo ładna, szeroka i tym razem idealnie piaszczysta plaża – Kalamaki/

 

 

🙂 ruiny zamku Angelokastro i  stare miasteczko Lakones ze słynnym widokiem Bella Vista i smakowitymi wioskami nieopodal, w których można kupić lokalne wino, miód tymiankowy lub pomarańczowy, oliwę, zioła, domowej roboty marmoladę z kumkwatu (my kupowaliśmy to wszystko w Krini i Makrades)

DSC00050

 

🙂 miasteczko Paleokastitsa z plażą La Grotta i ze słynnymi jaskiniami /Nausika, Agios Nikolaos oraz Blue Eye/, do których wpływa się łódkami podczas rejsu

 

 

🙂 last but not least, coś co dziś nazwalibyśmy „tawerning” – czyli conajmniej 1,5 h dziennie poświęcone na ucztowanie w tawernie w pięknych okolicznościach przyrody- w małym porcie, nad urwistym klifem lub po prostu w chłodzie 😉 / pierwszy tydzień czerwca to temperatury ok. 27 stopni już/.

Tzatziki, sałatka grecka, souvlaki (szaszłyk), nieziemskie stifado (gulasz wołowy), kalmary, marynowana ośmiornica, gyros (kiedy na kalmary już kasy brak), domowe wino lub zimna Retsina (wino o ciekawym sosnowym posmaku), baklawa, jogurt z miodem -ta lista greckich kulinarnych dobroci nie ma końca …

 

 

Symbolami wyspy są „karłowata pomarańcza”, czyli kumkwat i widoczek monastyru Vlacherna na tle wyspy Pontikonnisi – zabieramy je więc do domu – w butelce, jako likier, w słoiku jako marmoladę oraz na ręczniku jako nadruk 😉

Zabieramy też do domu odbitą w  naszych oczach wszechobecną zieleń i szmaragd wody, spokój i grecki brak pośpiechu, czyli „siga-siga”. Niech wystarczy nam na jak najdłużej …

Korfu

 

Stupy Boudhanath oraz Swayambhunath, „turystyczne piekiełko” Thamel, nieosiągalne 8850, pierożki momo, Namaste- atrakcje DOLINY KATHMANDU :)

Nepal

Dopiero, co wróciłam, a już bym wracała 😉

Już bym wracała do Nepalu, jeszcze raz popatrzeć na piękne uśmiechy Nepalczyków i tym razem wybrać się na trekking- pobyć jeszcze bliżej ośmiotysięczników, spędzić kilka dni w większej ciszy, bo tego zabrakło mi podczas tej podróży.

Moja pierwsza podróż do Azji, do jedynego na świecie kraju, który nie ma prostokątnej flagi i „gości” na swoim obszarze 8 z 10 najwyższych gór świata. Pierwsza podróż do miejsca  tak bardzo gościnnego, przez co bliskiego, ale  jednocześnie bardzo zaskakującego.

Materialnie – dla mnie, Europejki ciężko sobie wyobrazić, że tak wielu ludzi ma tak mało i żyje za tak mało. Szczególnie po trzęsieniu ziemi, które miało miejsce 2 lata temu  widoczne jest jak wiele znaczyłoby wsparcie z zewnątrz, chociażby w postaci zwiększonej ilości turystów, którzy zostawiliby tu dolary, zabierając do domu upominki , wspierając w ten sposób lokalny handel.

Pierwszy szok to jednak nie ekonomia, a kable. Kiedy po raz pierwszy spojrzałam na, jak się potem okazało, typową dla krajów azjatyckich plątaninę przewodów z prądem, musiałam zrobić 20 zdjęć tego zjawiska, by uwierzyć, że taka „konstrukcja” jest możliwa. I kolejne zdziwienie, kiedy okazało się, że mimo wszechwiszących kabli, po zmroku lepiej zabrać ze sobą latarkę, bo ulice stolicy kraju wcale nie muszą być i nie są oświetlone.

Równie egzotyczny był widok małych kapliczek bóstw hinduistycznych, napotykanych dosłownie co kilka kroków, obsypanych kwiatami, kolorowymi proszkami, z co chwila składającymi w nich ofiary przechodniami. W świątyni Daksinkali, dedykowanej bogini Kali, nawet ofiary ze zwierząt. Na każdym kroku dało się odczuć, że hinduizm i buddyzm, tu para tak świetnie dobrana jak sól i pieprz na jednym stole, przyprawiają codzienne życie Nepalczyków sensem i duchowością.

Na Thamelu- najpopularniejszej dzielnicy Kathmandu, który nazwałam „turystycznym piekiełkiem” trzeba było mieć oczy dokoła głowy, by w unoszącym się kurzu  uniknąć bycia rozjechanym przez skutery i riksze, niełatwo też było usłyszeć własne myśli w plątaninie buddyjskich mantr  i natrętnych klaksonów, a jednak choćby dziś bym tam wróciła, bo jest w tym miejscu jakaś niezwykła magia…

Nepal to także podróż, którą śmiało mogę nazwać  „powrotem do przyszłości”, na miejscu okazało się bowiem, że nie tylko należy przestawić zegarki o 5h 45 minut do przodu, ale  jak widać na jednym ze zdjęć poniżej (bilecie wstępu na starówkę miasta Patan), aktualnie jest tam rok 2073 (oficjalnym kalendarzem w Nepalu jest Vikram Samvat,  jest to kalendarz księżycowy oparty na starożytnej tradycji hinduistycznej) 🙂 🙂 🙂

Jaką foto-historię chciałabym opowiedzieć ?

Taką, jak poniżej 🙂

🙂 „Mój azjatycki szok”, czyli różności

 

 

🙂 Niesamowici, niesamowici,  serdeczni i kolorowi ludzie 🙂

 

 

🙂 Kathmandu – stolica kraju, a w niej słynna dzielnica turystyczna Thamel (jeśli nie masz plecaka lub kurtki na trekking, nie martw się – co trzeci sklep z tysięcy??? obecnych tutaj mini-biznesików oferuje sprzęt turystyczny od A do Z), główny plac miasta -Durbar Square, pałac Żywej Boginki Kumari

 

 

🙂 Najważniejsze stupy buddyjskie, zlokalizowane na przedmieściach Kathmandu:

  • Boudhanath – największa (średnica kopuły=35 metrów) w Nepalu, dla tybetańskich buddystów najświętsze miejsce poza Tybetem, jako pierwsze odbudowane po trzęsieniu ziemi z 2015r, otwarte w pełnej krasie ponownie całkiem niedawno, bo w grudniu 2016

 

 

  • Swayambhunath (zwana też Świątynią Małp) – jedna z najstarszych-liczy niewiarygodne ponad 2,5 tysiąca lat !!!, położona na wzgórzu, na którego szczyt prowadzi 365 kamiennych schodków

 

 

🙂 Świątynia Pasupatinath i  rzeka Bagmati, nad którą odbywają się kremacje. Widziane z drugiego brzegu palące się na stosach ciała zmarłych, nieco gryzący dym i popiół unoszący się w powietrzu- dla mnie,  Europejki  to nawet teraz ciężkie do opisania przeżycie … ;-(

(Zastanawiałam się i właściwie cały czas się zastanawiam czy umieszczać tutaj to zdjęcie, być może więc wkrótce je usunę)

 

dsc00130

 

🙂 Bhaktapur- dawna stolica Nepalu, najlepiej zachowane średniowieczne miasto z kolejnym Durbar Square, Pałacem 55 Okien, świątynią Nyatapola, poświęconą dwóm żeńskim bóstwo- Siddhi oraz Lakszmi,  słynnym „oknem z pawiem”, wieloma niesamowitymi budynkami, wciąż odbudowywanymi po trzęsieniu ziemi

 

 

🙂 Patan- trzecie najważniejsze miasto Doliny, z kolejnym głównym placem, zwanym oczywiście jak, kto zgadnie …? Oczywiście Durbar Square 🙂 , a na nim kilka wspaniałych świątyń, z zapierającymi dech posągami i zdobieniami

 

 

🙂 Najlepsze miejsce na safari w Nepalu – Park Narodowy Chitwan, a tu spływ po rzece Rapti,  spacer po dżungli, farma słoni

 

🙂 Pokhara – drugie co do wielkości miasto Nepalu, centrum wypadowe w region Annapurny, ze słynnym jeziorem Phewa i moim zdaniem mało ciekawym Wodospadem Davis, miasto, które po wcześniejszych doświadczeniach z zatłoczonego, nieco dzikiego i zakurzonego Kathmandu mogę nazwać spokojnym kurorcikiem ;-P

 

 

🙂 I wreszcie, wreszcie to pyszne jedzenie, niesamowita masala (=mieszanka) kuchni nepalskiej, tybetańskiej i indyjskiej, w której króluje narodowa potrawa z soczewicy, czyli dhal bhat, a talerz 10 fantastycznych pierożków momo do nabycia jest już od 60 rupii nepalskich, czyli za ok. 2,4 zł (i choć nie jestem fanką mięsa, to polecam wersje „buff”, czyli z bawoła wodnego). Wszędzie można też dostać  warzywa pakora (czyli smażone w cieście)  lub różnej maści sosy curry.  Do tego koniecznie, koniecznie na popitkę  masala tea, czyli czarna herbata z mlekiem, mieszanką przypraw i cukrem. Wszystko to w pachnących, pysznych miejscach, w których słynna restauratorka Magda G. zemdlałaby po 3 sekundach i padła prosto w objęcia plombującego lokal Sanepidu 🙂 🙂 🙂

 

 

🙂 Góry, bo 80% obszaru Nepalu jest nimi pokryta – tu akurat widziane z miejscowości Sarangkot, w porze, o której zaczyna się przepiękny spektakl zwany „zapalaniem szczytów”. Zobaczyć można stąd m. in. świętą górę Machhapuhchare (tzw. „Rybi Ogon”, jej wysokość to 6993 m n.p.m.)

 

 

No i wreszcie „Namaste”…

Słowo słyszane i wymawiane przeze mnie  w tej podróży  codziennie … Słowo, które w wersji minimum można potraktować  jako nasze „Dzień dobry”, a które w bardziej metafizycznym ujęciu znaczy tyle, co „Światło we mnie kłania się Światłu w Tobie” czy też „Boskość we mnie pozdrawia boskość w Tobie”.

Chętnie znów bym złożyła dłonie w geście mudry Anjali i powiedziała komuś „Namaste”, czy mając przed sobą w oddali 8850 (Mount Everest), czy to spacerując po zakurzonym, głośnym, ale magicznym  „turystycznym piekiełku” – Thamelu 🙂

g2

60+ plaż, kalmary i baklawa, lotnisko a’la Sint Maarten – Mamma mia !!! TOP ATRAKCJE SKIATHOS :)

Gdy usłyszałam, że Skiathos można zwiedzić w jeden dzień (wyspa ma, niczym z promocji, tylko 49,9 km2), to się nawet ucieszyłam. Po Maderze, gdzie po spędzeniu 12 dni i tak  przydałoby tam wrócić na drugie tyle by dokończyć zwiedzanie, była to miła wiadomość zwiastująca relaks i zwolnienie tempa 😉

Generalnie pobyt na Skiathos = tradycyjne greckie „siga, siga” – smakowanie bez pośpiechu chwili obecnej = jakże przyjemna wakacyjna dieta składająca się z odwiedzania kolejnych plaż (ponad 60 do wyboru) + smakowitych tawern (+ewentualnie wzbogacenie pobytu rejsem).

Jeśli do tego dodać fakt, że naszą ekipę stanowiło „Siedem Wspaniałych”, to zaraz staje się jasne, że te wakacje były jak grecki jogurt z miodem i orzechami, jak turkusowa woda do snurkowania, jak bryza od morza w upalny dzień, były …. fantastyczne !

A więc co można na tej maleńkiej wysepce robić ?:

🙂 odwiedzić port w Skiathos, by zasiąść w jednej z klimatycznych tawern, zamówić furę świeżych /a nie mrożonych/ kalmarów albo mousakę, obowiązkowo sałatkę grecką i tzatziki, pyszną smażoną cukinię, popić domowym winkiem lub najpopularniejszym greckim piwkiem Mythos i poprawić na słodko baklawą, ciastem z orzechami włoskimi lub ulepkowym kataifi (ciastko wyglądające jak plątanina niteczek)

 

🙂 pójść wzdłuż morza w kierunku przeciwnym do portu, by spalić trochę kalorii po tej greckiej uczcie i z bliska zobaczyć  europejską wersję lotniska Sint Maarten, na którym samoloty lądują nad plażą (czupryny porywa mini tornado, a uszy pękają od ryku silników)

dsc00041

🙂 zarezerwować dwa dni na oglądanie wyspy z wody, a więc ruszyć rankiem do portu w Skiathos, by:

Primo: wypłynąć na całodzienny rejs dookoła wyspy- zobaczyć dawną stolicę wyspy-Kastro z jej piękną zatoczką,  dostać się na plaże dostępne tylko drogą wodną (np. piękną plażę z „dziurką” -Lalarię)

Secundo: odwiedzić sąsiednie wyspy – Skopelos (to właśnie tu Meryl Streep pociła się w greckim słońcu, gdy kręcono „Mamma mia”) oraz  Alonissos

 

🙂 zobaczyć uznawaną za najładniejszą w Europie  plażę Koukounaries  (moim zdaniem wygląda super z lotu ptaka lub na plakatach, na żywo, gdy jest zatłoczona, to tylko długi pasek złotego piasku), gdzie wakacje chętnie spędzała księżna Diana zamieszkując luksusowy hotel Skiathos Palace

/na wszystkie plaże „z dołu mapy” można wygodnie dojechać kursującym kilka razy na godzinę autobusem, łączącym port w Skiathos (przystanek nr 0) z plażą Koukounaris (przystanek nr 26)/

🙂 jeden wieczór przeznaczyć na  wizytę w letnim kinie w Skiathos , w którym kilka razy w tygodniu odbywają się pokazy  kręconego tutaj i na sąsiedniej wyspie Skopelos musicalu „Mamma mia” (bilet= 10 EURO) oraz  powłóczenie się uliczkami Skiathos, które tętni życiem daleko w noc

 

I jak tu nie wracać do Grecji …? 🙂 🙂 🙂

Skopelos

Lewady, półwysep Św. Wawrzyńca, espetada, poncha i bolo de mel czyli TOP ATRAKCJE MADERY :)

Madera

Madera zachwyciła mnie niewiarygodną zielonością gór, niezliczoną ilością kwiatów, niesamowitym zapachem lasu eukaliptusowego, długimi, wykutymi w skałach tunelami (podobno jest ich ponad 100 ?, a niektóre mają ponad 3 km długości),  mocą i smakiem ponchy (lokalnego drinka sporządzonego z rumu /50%/, miodu i soku z limonki) … 🙂

Dzięki rejsowi wykupionemu z portu w Funchal znów miałam okazję zobaczyć delfiny, a nawet wskoczyć na krótko do wody, gdy otoczyły naszą łódkę 🙂 🙂 🙂 To mój trzeci raz z delfinami,  lecz pierwszy z dzikimi 🙂

Ilość przepięknych widoków, jaka czeka na wyspie na  turystę jest oszałamiająca, dlatego chciałabym tu wrócić pewnego dnia.

A  gdybym znów wylądowała bezpiecznie na Maderze (to jedno z 10 najniebezpieczniejszych lotnisk), i znów na 12 (a daj Boże więcej) dni, to bez wahania  popędziłabym jeszcze raz:

🙂 w dobrych butach trekingowych przemierzyć najładniejszy kawałek lądu otoczony oceanem, jaki widziałam, czyli Półwysep Św. Wawrzyńca / Ponta de Sao Lourenco/

—-> dojazd z Funchal to ok 1,5 h autobusem linii Rodoeste nr 113 do pętli w Baia D’Abra, trasa wycieczki to 2,5 h w jedną stronę, tą samą drogą trzeba wrócić

 

🙂 wciąż w tych samych butach zawędrować w piękne, pełne kwiatów góry, w okolice szczytów Pico do Areeiro oraz Pico Ruivo

 

🙂 powąchać znów jak pachnie eukaliptusowy las i sprawdzić ile niebieskich, a ile białych  kwiatów Agapanthusa kwitnie w drodze do Eira do Serrado i okolicach Doliny Zakonnic (Curral da Serra) oraz zobaczyć fantastyczne widoczki na obie strony wyspy, jakie  wyłaniają się na  przełęczy Encumeada

 

🙂 sprawdzić jak mają się wodospady położone w Veu da Noiva, przy przepięknej trasie wzdłuż północnego wybrzeża, niedaleko miasteczka Seixal

 

🙂 znów założyć buty trekingowe i zobaczyć inne lewady niż te dwie, przepiękne, ale już zdobyte „Levada das 25 fontes” oraz „Levada do Risco”

 

🙂 ciężkie buty zamienić tym razem na  klapki i kostium kąpielowy i spędzić co najmniej połowę dnia na pluskaniu  się w basenach lawowych  w Porto Moniz

 

A gdybym była znów w stolicy wyspy – Funchal to na pewno:

🙂 odwiedziłabym raz jeszcze ogród tropikalny na Wzgórzu Monte /Jardim Tropical/ i znów 3 godziny mogłyby być mało, by pozaglądać we wszystkie jego zakamarki

—–> wjazd kolejką Teleferico 10 EUR w jedną stronę, wstęp płatny 10 EUR, z powrotem warto zjechać sunącymi jak po lodzie, ale jednak po asfalcie wiklinowymi sankami, czyli toboganami (15 EUR za osobę, trasa 2 km, dalej trzeba zejść do centrum Funchal lub zjechać taxi)

🙂 pojechałabym jeszcze raz oglądać i wąchać z nosem przy ziemi kwitnące rabaty ponad 2000 gatunków roślin położonego na wzgórzu ogrodu botanicznego /Jardim Botanico/

—-> dojazd z Funchal autobusami 31 oraz 31A, wstęp płatny 5 EUR

 

🙂 odpoczywałabym w jednym z miejskich parków lub skoczyłabym na targ (Mercado dos Lavradores) po lokalne zioła albo  mega egzotyczne, mega pyszne i mega drogie (ok. 19 EUR za kg) marakuje limonkowe, pomidorowe, pomarańczowe i kto ogarnia jakie jeszcze …

 

🙂 no i koniecznie, koniecznie poszłabym odkryć na tutejszej starówce (Zona Velha) kilka nowych drzwi i zjeść tam dumę wyspy czyli  espetadę (grilowana wołowina podawana na szpadzie), espadę (panierowaną rybę z bananem), mus czekoladowy i popić ponchą w małej, rodzinnej knajpce „Sabor a fado”, oczywiście słuchając fado 😉

 

🙂 odpuściłabym powtórną wizytę na najwyższym  klifie Madery – Cabo Girao  i w wiosce rybackiej Camara de Lobos, bo były one fajnymi punktami na mapie naszej wycieczki, ale nie ciągnie mnie tam z powrotem. Również widoczne poniżej domki z Santany i zjazd saniami z góry Monte to widok i przeżycie dla mnie akurat wystarczające na jeden raz.

 

🙂 codziennie byłabym też głodna lokalnych specjałów, a to oznacza, że chętnie chciałabym się wgryźć w :

🙂 chlebek  bolo de caco z chorizo (to ten najbardziej mi smakował ze wszystkich  odmian), tuńczyka w sosie /bife de atum/ lub zapiekankę z dorsza /bacalhau com natas/ i  kontynuować na słodko najsłynniejszym na wyspie ciastem korzenno-miodowym /bolo de mel/ lub ciasteczkami o podobnym smaku /broas de mel/ lub pysznym puddingiem z marakują /pudim de maracuja/, no i popić, popić koniecznie słynnym lokalnym drinkiem /poncha/ w wersji marakujowej lub limonkowej  lub maderyjskim winem 😉

Zatrzymanie się w Funchal jest moim zdaniem  dobrym pomysłem na pierwszy pobyt tutaj, bo daje dobry dostęp do atrakcji typu: wzgórze Monte, ogród tropikalny, ogród botaniczny, wioska Camara de Lobos i klif Cabo Girao, a  dla podróżujących autobusem i korzystających z lokalnych agencji turystycznych, czyli  takich jak my, jest to superowa baza wypadowa do zwiedzenia całej wyspy.

I jak widać poniżej to miasto z bardzo sympatycznym widokiem i na klify i na ocean 😉

DSC00044 (2)

Jednak gdy znów polecę na Maderę,  to  tym razem zaszyję się w północnej jej części, wśród gór, wąwozów i wodospadów, gdzieś niedaleko Seixal lub Sao Vincente i najlepiej w kwietniu lub maju, bo choć trudno mi w to uwierzyć, podobno jest tu wtedy jeszcze bardziej zielono … 🙂

 

DSC00035 (4)

Madera

Góry Ognia, winogrona w dołku, cuda Cesara Manrique, ron miel i aloes -TOP ATRAKCJE LANZAROTE ;)

DSC01880

         4000 kilometrów, 5 godzin lotu i oto jesteśmy w stolicy Lanzarote- Arrecife, a następnie w oddalonym o 15 minut drogi Costa Tequise, które będzie dla nas bazą wypadową na kolejne dni.

Pierwszy wieczór wita nas piękną niespodzianką – w tapas barze obok naszego hotelu pan Antonio gra na harfie 😉 Prawdziwej !  Odtąd wpadamy tu niemal codziennie na pyszną, typowo kanaryjską kawę barraquito lub lampkę czerwonego winka, czyli una copa de vino tinto oraz mini-koncert harfowy 😉 Ostatniego wieczoru zabieramy tu naszych Pożyczonych Super Rodziców, czyli parę poznaną w hotelu zbyt późno, by się nimi dość nacieszyć 🙂

Drugi dzień spędzamy na grupowej, a więc autokarowej wycieczce po wyspie, czwartego samopas jedziemy autobusem nr 3  do Puerta del Carmen,  szóstego zaś kierujemy się do Playa Blanca (najpierw autobus 3, potem 60). Fotograficzne owoce tych wypraw prezentują się poniżej 🙂

Bez czego Lanzarote nie byłoby Lanzarote 😉 :

😉 100 wygasłych wulkanów (fantastycznie jest być na wyspie, na której prawie każda góra jest wulkanem)

😉 Cesara Manrique -miejscowego architekta i artysty, człowieka nr 1 na Lanzarote, jeśli chodzi o zachowanie naturalnego krajobrazu wyspy oraz stworzenie cudów przyrodniczo-architektonicznych, takich jak Jameos del Aqua, Jardin de Cactus, Cueva de lo Verdes czy też Mirador del Rio

😉 białych, niskich domków z równie białymi dachami oraz zielonymi drzwiami i okiennicami

DSC01749

😉 Parku  Narodowego Timanfaya – absolutnego skarbu przyrodniczego, gdzie co prawda większość widoków podziwia się zza szyby autokaru i tak samo robi zdjęcia, ale mimo wszystko baaaardzo warto zobaczyć z bliska zastygnięte potoki lawy, stożki wulkaniczne i wszystkie ogniste odcienie tutejszych gór – Montanas del Fuego

😉 specyficznego sposobu uprawy winorośli w regionie La Geria, z których to  powstaje legendarne wino Malvasia (każdy z winnych krzewów  rośnie w osobnym zagłębieniu i jest chroniony od wiatru własnym, półokrągłym murkiem)

😉 zielonego oczka – El Golfo, w czasie naszego pobytu wzbogaconego niezbyt romantycznie o koparkę 😉

 

😉 stromych urwisk stworzonych przez zastygłą w wodzie lawę  (Los Hervideros)

IMAG0239

 

😉 ponad 1400 gatunków kaktusów w Jardin de Cactus (+1 niestandardowy, 100% odporny na suszę gatunek przed wejściem)

 

😉 pełnych słońca miejscowości urlopowych i ich plaż :

Playa Blanca

Costa Tequise

Playa del Carmen

😉 punktu widokowego Mirador del Rio (nie zdołaliśmy niestety tam dotrzeć, więc zostawiamy go sobie na kolejny raz), a na razie podziwiamy tylko na pocztówce ;(

DSC02231

😉 wieczoru w tawernie lub tapas barze, w miłym towarzystwie lokalnego rumowo-miodowego  trunku (ron miel) lub po prostu z lampką schłodzonej owocowej Sangrii oraz spróbowania typowo kanaryjskich przysmaków; jak ziemniaczki z sosami (papas arrugadas +mojo rojo/mojo verde), paelli, kalmarowych krążków (calamares ala Romana), kalmarów z grila (calamares ala plancha), czosnkowych krewetek (gambas al ajillo), królika (conejo al salmorejo) czy też pysznej zupy o niezbyt wyjściowej  nazwie „ropa vieja” (czyli tyle co „stare ubranie”) …

A jeśli chodzi o aloes ?

Produkty z nim w roli głównej można znaleźć w wielu sklepach. Nam przydał się od razu i sprawdził znakomicie na oparzenie słoneczne – bo choć to luty i tylko 21 stopni, to grzało całkiem przyjemnie, a nawet porządnie 😉

IMAG0304

Lanzarote